Najnowsze projekty artystki – kolekcja „Formy”; źródło: https://www.malwinakonopacka.com
30.12.2020

Modernizm z przymrużeniem OKA. Malwina Konopacka

Rysunek czy forma przestrzenna? Funkcjonalność czy dekoracyjność? Biznes czy życie rodzinne? W swojej twórczej praktyce Malwina Konopacka nieustannie buduje połączenia między przeciwieństwami. A może są to przeciwieństwa jedynie pozorne? Z artystką rozmawia Anna Palacz-Brzezińska.

Sylwetki
Autor: Anna Palacz–Brzezińska, Translation:
Styl tekstu

Zacznę od pytania przewrotnego, może nawet niewygodnego: jesteś artystką czy przedsiębiorczynią? W końcu dziś wśród miłośników designu nazwisko „Malwina Konopacka” to już wyrobiona marka.

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie! Choć zajmuję się wieloma kwestiami biznesowymi, to mimo wszystko działam jeszcze na małą skalę. Wydaje mi się, że jedną nogą jestem w świecie artystycznym, drugą – w biznesowym. To ciekawe doświadczenie, tak żonglować tymi aspektami. Z jednej strony wiem, że to, co robię, dociera do szerokiego grona odbiorców i zyskuje rozpoznawalność, a z drugiej nie zamykam się na eksperymenty czysto artystyczne i działania niekoniecznie sprzedażowe.

Malwina Konopacka; fot. Aga Bilska, źródło: https://arenadesign.pl/pl/

W ramach tegorocznego plebiscytu Design Awards byłaś nominowana w kategorii KREATOR – więc może zatem właściwym określeniem będzie „kreatorka”? W końcu pasuje ono zarówno do obszaru sztuki, jak i biznesu.

Tak, chyba można tak powiedzieć. Ta nominacja była zresztą dla mnie bardzo przyjemnym wyróżnieniem i niespodzianką w tym dziwnym roku. Oczywiście wiem, że wszyscy teraz mówią o „dziwnym roku”, ale dla mnie pod względem artystycznym rzeczywiście taki był. Zaczął się od świetnych wystaw w Zachęcie czy na poznańskim Arena Design – ale potem przyszedł lockdown. Staram się teraz dopasować swoją działalność do przestrzeni wirtualnej, wzięłam udział w kilku wystawach online, m.in. Adorno na London Design Festival czy Dutch Design Week. Pierwsza z nich była spotkaniem z zupełnie inną rzeczywistością; organizatorom udało się doskonale dopasować do realiów pandemicznego świata i odpowiedzieć na pytania o jego nowe oblicze. Wszystkie obiekty biorące udział w wystawie zostały precyzyjnie wyrenderowane, by oddać ich formę, strukturę, nawet ich naturalne niedoskonałości. Ten rok pokazał, że możliwości mamy mnóstwo – jednak sądzę, że nie wszystko da się pokazać w ten sposób, na ekranie komputera czy tabletu.

Wazon „OKO”, wersja „Kobalt”; fot. Aga Bilska, źródło: https://www.malwinakonopacka.com

Wirtualna rzeczywistość może nie być odpowiednia dla każdego obszaru sztuki. Tam, gdzie liczy się materialność i przestrzenność, ta formuła bywa niewystarczająca. Ty jednak zaczynałaś jako ilustratorka – skąd więc potrzeba przeniesienia się z rysowaniem na formy trójwymiarowe?

Uwielbiam rysować, tak po prostu. Na początku może była to z mojej strony pewnego rodzaju prowokacja czy bunt, ponieważ moje ilustracje na wazonach były bardzo dominujące, zaburzające odbiór samej formy. Dziś myślę, że to było działanie w kontrze do tego, czego uczyłam się na Wydziale Wzornictwa Przemysłowego na ASP, gdzie design był ze wszech miar funkcjonalny, minimalistyczny, w duchu high-tech. Z premedytacją chciałam pokazać jego inne oblicze – noszące ślad ludzkiej ręki. Rysuję cały czas i od zawsze, chociaż muszę przyznać, że moja ostatnia kolekcja ceramiczna Formy stanowi przyjemną odmianę od tego, co robiłam dotychczas – oddziałuje tylko materialnością i czystym kolorem, bez graficznego nawarstwienia.

Najnowsze projekty artystki na wystawie „Formy Przyszłości”; fot. Celestyna Król

Niektóre wzory na wazonach organicznie stapiają się z ich strukturą, podkreślając trójwymiarowe formy, inne przeciwnie – są potraktowane bardzo graficznie, jakbyś rysowała na płaskiej kartce. Podobnie jest z przeplataniem figuracji z czystą abstrakcją. Skąd taka różnorodność rozwiązań?

To chyba po prostu ewolucja. Początkowo rzeczywiście moje projekty były mocno ilustrowane. Później linearne ilustracje łączyłam z kolorem, wręcz tworzyłam obrazy na wazonach. To się rozwija samoistnie i nie potrafię przewidzieć, co będzie następne – choć oczywiście pewne plany i pomysły już mam. Ograniczenie do czystych kolorów i subtelnych gradientów, czy cała kolekcja Nude, na którą składają się „gołe” wazony (niemalowane i nieszkliwione na zewnątrz), to moja odpowiedź na wszechobecny przesyt i nadmiar informacji, przebodźcowanie. Czas pandemii jest dla mnie szczególnie męczący; niewiele mam okazji do przewietrzenia głowy, a czyste, jednobarwne wazony dają mi tak potrzebny teraz oddech.

A dlaczego „oko”? Od tylu lat ciągle powraca w twojej pracy charakterystyczny wzór wgłębień w wazonach, który stał się już twoją wizytówką i znakiem rozpoznawczym.

Skąd wzięła się ta forma? Chyba też z przekory [śmiech]. OKO zaczęło się od projektu z czasów studenckich, gdzie okrągłe żłobienia wypełniłam złotem. Ten pierwszy wzór skojarzył mi się właśnie z patrzącymi na widza oczami. OKO pokazałam po jakimś czasie po raz pierwszy na wystawie w ramach Tokyo Designers Week w roku 2014. Wtedy też postanowiłam zaburzyć tradycyjną, walcowatą formę wazonu, dodając do niej okrągłe wgłębienia, które następnie wypełniłam kobaltowo-czarnymi rysunkami oka. Kiedy się nad tym zastanawiałam, doszłam do wniosku, że to bardzo podstawowy kod kulturowy – ludzki mózg ma tę właściwość, że chętnie dopatruje się twarzy w zwyczajnych przedmiotach. Nie tylko dzieci dwie postawione obok siebie kropki instynktownie rozpoznają jako oczy. Każdy z nas podświadomie doszukuje się antropomorficznych kształtów nawet w zupełnie abstrakcyjnych obrazach. Mi idea oka jako motywu przewodniego daje niesamowitą przestrzeń do poszukiwań i zabawy formą – raz jest właśnie jedynie kropką, innym razem rozbudowaną kompozycją z zaznaczonymi rzęsami i brwiami – ale zawsze jest odczytywana jako oko.

Ewolucja wzorów „OKA”; źródło: https://www.malwinakonopacka.com

Twoje projekty mają nie tylko aspekt wizualny, ale także haptyczny, dotykowy. Była mowa o oku – porozmawiajmy więc o dłoni. Jaka jest w twojej pracy rola rzemiosła, pracy ręcznej? Czy to obowiązkowe wyznaczniki dobrego designu?

Ja osobiście bardzo taką pracę lubię i myślę, że to właśnie ona nadaje przedmiotom niepowtarzalny charakter. To trochę tak jak z architekturą – moim zdaniem często da się wyczuć, które budynki były projektowane ręcznie, rysunkowo, a które komputerowo; te drugie mają w sobie pewien rodzaj sztywności. Ludzka ręka daje miękkość, lekkość, charakterystyczne proporcje. To często bardzo subtelne, ledwo dostrzegalne detale, które jednak dla obytego odbiorcy pozostają czytelne. Nie wykluczam oczywiście – zwłaszcza po doświadczeniach związanych z pandemią i lockdownem – że spróbuję swoich sił w zupełnie nowych dla siebie technologiach. Jednak rzemiosło w tradycyjnym rozumieniu tego słowa jest dla mnie po prostu przyjemnością, zajęciem wręcz medytacyjnym – tym aspektem mojej pracy, który lubię najbardziej.

Projekty Konopackiej oddziałują nie tylko warstwą wizualną; fot. Aga Bilska, źródło: https://culture.pl/

W twoich projektach wyraźnie czuć ducha powojennego modernizmu i wzornictwa polskiego new looku. Nie jest to jednak modernizm czysto utylitarny i intelektualny, ale taki „z twistem”, puszczający tytułowe oko.

Modernizm jest mi bardzo bliski; nawet mieszkam w okolicy, gdzie pełno jest modernistycznej architektury. Te linie i rytmy przyjemnie wrosły w mój krajobraz, dlatego też np. chętnie stworzyłam kolekcję La Cité, zrealizowaną na okoliczność wpisania Jednostki Marsylskiej Le Corbusiera na listę UNESCO. Z kolei ten „twist”, o którym mówisz, może wynikać właśnie z mojego przywiązania do ilustracji – medium, w którym można pozwolić sobie na żart, przymrużenie oka, ale także komentarz do rzeczywistości. Właśnie tego luzu i gry z widzem szukam w swoich projektach. Staram się po prostu tworzyć przedmioty dobrze zaprojektowane – oczywiście spełniające swoje użytkowe funkcje, ale też sensualne, pełne detali, których aż chce się dotykać.

Seria „La Cité”; fot. Kasia Bielska, źródło: http://www.designalive.pl/

Jednym z założeń modernizmu był postulat sztuki demokratycznej, dla ludu. W praktyce socrealizm wypaczył idee przedwojennej awangardy – był jednak w historii Polski Ludowej ikoniczny przykład współpracy środowiska artystycznego z robotniczym: Biennale Form Przestrzennych w Elblągu, czyli współpraca nowoczesnych twórców z zakładem metalowym Zamech, której efekty do dziś pozostają fenomenem wręcz na skalę światową. To skojarzenie nasunęło mi się, gdy czytałam o współpracy z czeską hutą szkła nad odsłoną twoich wazonów w wersji kryształowej.

Wazon Krystal wykonany w kooperacji z czeskimi rzemieślnikami to rzeczywiście coś zupełnie innego od reszty mojego dorobku. Był to projekt międzynarodowy – producentem jest Slavia Kolektiv (duet kuratorski z Galerie 318 w Marsylii, który zaprosił mnie do wykonania serii La Cité), ja jestem odpowiedzialna za projekt, a za wykonanie czeska manufaktura Blažek. To było szalenie ciekawe doświadczenie, bo mój pomysł – projekt na papierze – musiał zostać zweryfikowany przez możliwości technologiczne materiału, w którym sama nie pracowałam, a które znane były wykonawcom. Można więc uznać, że do jakiegoś stopnia pracownicy huty byli współprojektantami tego modelu.

Czyli było to zadanie wymagające umiejętności prowadzenia dialogu i woli spotkania się w pół drogi?

Tak, zdecydowanie. Tę otwartość na dialog i nowe rozwiązania widać było także po ich stronie – wielkie czeskie fabryki szkła i kryształu kojarzyły się do niedawna z mieszczańskimi dekoracjami rodem z filmów Barei, jednak od jakiegoś czasu także i one poszukują bardziej nowoczesnych, eksperymentalnych form. Mój pomysł, by po najwyższej jakości czystym krysztale malować, początkowo wzbudził wielkie zaskoczenie i opór. Rzemieślnicy pracujący z tym materiałem mają do niego szacunek – moje wejście w ich tradycyjny sposób produkcji z zupełnie innymi technikami niewątpliwie musiało być dla nich trudne. Udało nam się jednak osiągnąć tę otwartość i wypracować takie rozwiązania, które usatysfakcjonowały obie strony. Dla mnie to było bardzo wartościowe doświadczenie, uczące pokory, ale także tego, że jeśli ma się swoją wyraźną wizję, warto spróbować różnych sposobów, by o nią zawalczyć. Ostatecznie spotkaliśmy się w bardzo fajnym miejscu i cieszę się, że ten projekt powstał.

Wazon „Krystal” – efekt współpracy z czeską manufakturą szkła; żródło: https://porcelanowa.com/

Jeśli chodzi natomiast o ten „demokratyczny” aspekt, to był on dla mnie niezwykle ważny przy jeszcze innym projekcie – fontannie w Gdańsku, która powstała w ramach zeszłorocznego festiwalu Narracje organizowanego przez Biuro Wystaw z kuratorami Sylwią Szymaniak i Sarmenem Beglarianem. To było działanie realizowane po pierwsze we współpracy z dziećmi i lokalną młodzieżą, a po drugie przeznaczone do przestrzeni publicznej. Ceramiczna instalacja miała nie tylko ożywić dawną fontannę, ale także przypomnieć o skutkach zmian klimatycznych, które prowadzą m.in. do obniżenia poziomu wód gruntowych i coraz bardziej odczuwalnego braku wody. W czasie oprowadzania kuratorskiego podchodziło do mnie wielu mieszkańców Siedlec – dzielnicy, w której odbywał się festiwal – i bardzo entuzjastycznie reagowało na Fontannę. Mieszkańcy złożyli nawet pismo z prośbą o pozostawienie Fontanny także po zakończeniu festiwalu – te działania nieco pokrzyżował COVID, jednak mamy plan, że trzy zaprojektowane przeze mnie elementy zostaną na stałe.

Masz na koncie jeszcze szereg innych ciekawych współprac – od wzorów na ubranka dziecięce przez kalendarz Bęc Zmiany, ilustracje prasowe, po elementy wystroju Hotelu Puro czy żoliborskiej restauracji Havana. Czy tego rodzaju zlecenia, bądź co bądź komercyjne, niosą ze sobą jakieś trudności, np. komunikacyjne? Czy zawsze udawało się wypracować wspólny język?

Mam doświadczenie z pracy w agencji reklamowej – tam naprawdę przekonałam się, czym jest kompromis i odpuszczanie swoich pomysłów. W porównaniu z tamtym czasem, to, co robię dziś, daje mi niemal nieograniczoną wolność. Mam chyba szczęście do dobrych partnerstw i robienia tego, na czym mi zależy i co mnie cieszy. Wydaje mi się, że jeśli ktoś zwraca się do mnie z propozycją współpracy, to wie, czego może się spodziewać. Niekiedy zdarza mi się odmawiać – ale nie rezygnować ze swojej autonomii.

Przed kilkoma laty wykonałaś „czyste” wazony na aukcję charytatywną Spragnieni piękna Stowarzyszenia Przyjaciół MNW. Następnie zostały one pomalowane przez innych artystów – wśród nich znaleźli się tacy współcześni klasycy jak Dobkowski, Sawicka, Althamer, Modzelewski… Ciekawie było zobaczyć, jak inni interpretują tak dobrze ci znaną, oswojoną formę?

Bardzo ciekawie! To była świetna sprawa. Mimo mojego początkowego oporu wobec tego, że ktoś inny będzie malował po moim projekcie, efekty były fantastyczne. Obawiałam się, że Paweł Althamer zrobi cały złoty wazon, a sama miałam pomysł na taki model [śmiech]. Ostatecznie zrobiłam go i przekazałam jako cegiełkę na tegoroczny WOŚP, natomiast Althamer na szczęście zinterpretował tę formę zupełnie inaczej i przetworzył ją na dość skomplikowaną instalację z przewodnim motywem byka. Był zresztą w ten projekt niesamowicie zaangażowany – można było się spodziewać, że to on będzie w tym gronie artystów największą „gwiazdą”, a było wprost przeciwnie, okazał się ciepłym i skromnym człowiekiem; do dziś utrzymujemy ze sobą dobry kontakt.

Wazony Konopackiej zinterpretowane przez innych artystów na aukcję w Muzeum Narodowym w Warszawie; źródło: https://gwiazdy.wp.pl/

A jak włączyć sztukę w życie codzienne? Jesteś matką dwóch dziewczynek. Jak wśród rozbrykanych dzieci sprawdza się tworzywo tak kruche i delikatne jak ceramika?

Dziewczynki są bardzo przyzwyczajone do wszechobecnej ceramiki; niedawno nawet wspominałam, że tylko jeden wazon został kiedykolwiek przez nie stłuczony. Córki ozdabiają moje wyroby: malują, przyklejają coś do nich – to dla nich kolejna zabawka w domu.

Te obiekty wrosły w ich codzienność?

Tak, to dla nich jeden ze zwyczajnych elementów życia, jak jedzenie, nauka czy zabawa. Ostatnio usłyszałam, jak Anielka mówiła „chodź, Tereska, poprojektujemy wazon” [śmiech]. Traktują to jak oczywistość, rodzaj „domowych obowiązków”. Z przyjemnością wzięłam dziewczynki do pracy przy projekcie dla Zachęty [wystawa Co dwie sztuki to nie jedna, w której udział wzięli artyści i artystki wraz ze swoimi dziećmi – przyp. red.].

Patera „Aniela” i wazon-instalacja „Teresa”; źródło: https://www.instagram.com/

Imiona córek, czy ostatnio babci, posłużyły także jako nazwy ceramicznych wzorów z twojej kolekcji. To piękna tradycja, kojarząca się z wzornictwem doby PRL-u.

Dokładnie o to nawiązanie mi chodziło – do serwisów „Bożena” czy „Iza” z Chodzieży. Chociaż u mnie nie są to jedynie damskie imiona: ostatnio jeden z modeli nazwałam „Miki”, na cześć mojego starszego brata.

Pochodzisz z artystycznej rodziny, chociaż składającej się przede wszystkim z teoretyków, a nie praktyków sztuki. Jak dorastanie w takim domu wpłynęło na wybór drogi zawodowej i życiowej?

To było bardzo naturalne, chociaż sama też zaczęłam najpierw od studiowania historii sztuki. Jako dzieci w domu dużo rysowaliśmy, np. wspólnie wymyślaliśmy komiksy, wykonywaliśmy dużo prac manualnych… To wyrabia nawyk tworzenia.

Czy podobne dzieciństwo mają twoje córki? W końcu mają za sobą już wystawę w Zachęcie – nie wiem, czy można wymarzyć sobie mocniejszy debiut artystyczny. Jak można wychowywać dzieci ze sztuką i przez sztukę?

Sztuka i rękodzieło są cały czas wokół nich i ich obecność jest dla nich naturalna. Z drugiej strony staram się do niczego nie zmuszać, nie naciskać, bo to może wywołać odwrotny efekt. Widzę, że moje dzieci to już inne pokolenie, które bardzo sprawnie porusza się w świecie wirtualnym, tam szuka narzędzi i ujścia dla swojej kreatywności. Dla mnie w dzieciństwie oczywiste było, że biorę kredkę i rysuję – dziś moja starsza córka pokazuje mi, jakie kartki świąteczne stworzyła w programie graficznym. Ona ma zestaw 120 pięknych markerów – ja miałam trzy flamastry. Ten rozwój idzie nieznanym mi torem; oczywiście wspieram córki w tych poszukiwaniach, ale nie z pozycji wszechwiedzącej „mentorki”, bo sama się przy tym uczę razem z nimi. Zasadnicze ramy twórczości pozostają, natomiast zmieniają się narzędzia i środki do jej wyrażania.

Konopacka przy pracy nad totemem „Mama”; fot. Kasia Marcinkiewicz, źródło: https://www.vogue.pl/

Nasza rozmowa zeszła na ciekawe tory: o związkach rodzinnych, rodzicielstwie, dzieciach – tematach niegdyś stereotypowo kojarzonych jako „miękkie” i kobiece. A czy design może być kobiecy lub męski? Czy tę kobiecość starasz się komunikować w swoich projektach?

Zasadniczo nigdy nie lubiłam takich kategorii, a płeć twórcy wydawała mi się ostatnią rzeczą, na którą należy zwracać uwagę. Ostatnio jednak celowo, z wewnętrznej potrzeby podejmuję wątek kobiecości, który najpełniej wyraża się w totemie Mama – to moje spojrzenie na archetypową figurę kobiety i matki, także w feministycznym kontekście. Natomiast o wazonach czy naczyniach wolę myśleć bardziej uniwersalnie. Niestety, da się zauważyć, że nadal określenie czegoś jako „kobiece” bywa traktowane pejoratywnie; na przykład tzw. literatura kobieca to łatka, jaką przyczepia się mało ambitnym romansom. Z kolei kobieca ceramika może się kojarzyć z domowym hobby, zabawą dla amatorek, a nie profesjonalną pracą. Może warto więc mówić o kobiecym designie, żeby oswoić i odczarować to pojęcie?

W PRL-u polskie wzornictwo święciło triumfy, a dziś jest łakomym kąskiem dla kolekcjonerów designu. Sądzisz, że możemy w Polsce obserwować obecnie zwrot ku tym tradycjom? Czy dzisiejszą ceramikę i szkło użytkowe będziemy kiedyś kolekcjonować jak małe dzieła sztuki?

Zainteresowanie designem faktycznie jest ostatnimi czasy ogromne. Myślę, że można mówić już o „współczesnych klasykach” i nieskromnie powiem, że chyba zalicza się do nich także mój wazon. Jestem bardzo dumna, że znalazł się w podręczniku do plastyki, ilustrując hasło „wazon XXI wieku”. Cieszy mnie obserwacja, że od kilku lat polski design jest prawdziwie polski – nie podrabia np. mody na styl skandynawski. Nie ukrywamy tej lokalnej specyfiki, ale podkreślamy ją i celebrujemy. Do pewnego stopnia kontynuujemy dziedzictwo Polskiej Szkoły Plakatu; są to projekty nowoczesne, ale z charakterem, operujące mocnym kolorem. Nazwałabym to profesjonalnym hand-made’em.

Fot. Maciej Miloch dla magazynu „Usta”

Tagi

#design#polskaartystka#ilustracja ...

Udostępnij