WSM Żoliborz z lotu ptaka; źr. facebook.com/zoliborzcentralny
10.02.2021

Art branding miejsca. Warszawski Żoliborz

Współczesne oblicze Warszawy często krytykowane jest za urbanistyczny chaos, niespójną architekturę i po prostu… brzydotę. Ponoć de gustibus non dispandum est – spróbujmy jednak przyjrzeć się pewnej części miasta, która w swojej współczesnej historii wyróżnia się przykładami dobrego planowania, nierzadko pionierskimi w swoich czasach rozwiązaniami architektonicznymi oraz konotacjami z szeroko pojętym światem sztuki.

Sztuka
Autor: Anna Palacz–Brzezińska, Translation:
Styl tekstu

Mowa o dzielnicy najmniejszej pod względem powierzchni, lecz o bodaj największej rozpoznawalności, i to nie tylko wśród samych mieszkańców stolicy. Żoliborz swoją nazwę wziął od francuskiego określenia joli bord, czyli dosłownie „piękny brzeg” – i faktycznie, nie można odmówić tej części miasta wyjątkowo malowniczego położenia na skarpie wiślanej. W XVIII wieku tereny te należały w dużej mierze do zakonu pijarów, reszta dzisiejszej dzielnicy tworzyła zaś kilka podwarszawskich wsi. Po upadku powstania listopadowego to właśnie Żoliborz car Mikołaj I wskazał na miejsce budowy Cytadeli – monumentalnej twierdzy, która od 1834 roku rzucała symboliczny cień na całą okolicę jako ośrodek kontroli zaborcy nad miastem o niepodległościowych ambicjach. Cytadela, będąca także więzieniem i miejscem straceń, na kilkadziesiąt lat zablokowała rozwój tej części Warszawy; okoliczne tereny podlegały militarnym restrykcjom, a i bez nich zapewne niewielu zdecydowałoby się zamieszkać w tak nieprzyjaznym sąsiedztwie. Jedynymi zabudowaniami „cywilnymi” było zagłębie drewnianych baraków, które służyły za schronienie bezdomnym i bezrobotnym uciekinierom z przeludnionej śródmiejskiej Warszawy. Dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Żoliborz zaczął na dobre rozrastać się i urbanizować w nowoczesnym sensie.

Cytadela Warszawska – niegdyś budząca grozę twierdza, dziś urokliwe miejsce spacer ów, a wkrótce muzeum; źródło: warsawtour.pl

W drugiej dekadzie XX wieku decyzją władz zewnętrzne tereny Cytadeli przestały pełnić funkcję twierdzy i zostały oddane pod zabudowę mieszkalną. Dzielnica od początku miała różnić się od istniejącej gęstej zabudowy Śródmieścia i powstawać jako efekt całościowej, spójnej koncepcji architektoniczno-urbanistycznej. W dwudziestoleciu międzywojennym progresywni społecznicy, architekci i artyści (często w jednej osobie) mieli jednak różne pomysły na zagospodarowanie nowo odzyskanej części miasta.
Początkowo do głosu doszli zwolennicy koncepcji „miasta-ogrodu”. Tę urbanistyczną ideę jeszcze pod koniec XIX wieku opracował Anglik Ebenezer Howard w odpowiedzi na pogarszające się warunki mieszkaniowe w miastach całej Europy. Na czym to polegało? Najprościej ujmując, „miasto-ogród” miało łączyć w sobie najważniejsze zalety życia w mieście i na wsi. Zgodnie z zamysłem Howarda na terenach samorządowych powstawać miały stosunkowo niewielkie ośrodki, które byłyby dobrze skomunikowane z centrum czy strefami przemysłowymi i miały dostęp do miejskiej infrastruktury. Ich oddalenie od przeludnionych śródmieść i położenie na uboczu zapewnić miało jednak bliskość natury, ciszę, spokój i świeże powietrze oraz sprawić, że powstaną małe wspólnoty lokalne z silnymi więziami. Sposób zabudowy miał być regulowany odgórnym planem uwzględniającym także istnienie obiektów użyteczności publicznej. Układ takiego miasta miał opierać się na planie koła, z nawodnionym ogrodem w centrum oraz ulicami rozchodzącymi się promieniście od centralnego placu.

Plac Słoneczny – centralny punkt Żoliborza Oficerskiego; źródło: droneinwarsaw.com

Takie właśnie rozwiązanie – wówczas eksperymentalne i pionierskie – zdecydowano się zastosować w planowaniu Żoliborza. Kolejno powstające kolonie, Żoliborz Oficerski, Urzędniczy i Dziennikarski (już same ich nazwy wskazywały na inteligencki charakter nowo powstających osiedli), rozplanowane zostały wokół pełnych zieleni placyków z przylegającymi do nich wąskimi, kameralnymi uliczkami. Pod względem architektury postawiono przede wszystkim na styl dworkowy nawiązujący do tradycyjnego polskiego budownictwa ziemiańskiego XVIII i XIX wieku. Zrodził się on około roku 1900 w efekcie poszukiwania „stylu narodowego” w architekturze, który konsolidowałby Polaków nieposiadających swojego państwa, rozsianych po trzech różnych zaborach, zaś już po odzyskaniu niepodległości był on manifestacją i celebracją polskiej historii. Charakterystyczne dla tego stylu były niskie, przeważnie jednokondygnacyjne budynki z kolumnowym gankiem i wysokim czterospadowym dachem – klasyczne formy były jednak tworzone przy użyciu nowoczesnych materiałów. Żoliborskie „dworki” lat 20. XX wieku projektowały takie gwiazdy ówczesnej polskiej architektury jak Romuald Gutt, Tadeusz Tołwiński czy Rudolf Świerczyński. Istotne dla wcielenia w życie idei „miasta-ogrodu” było także wyposażenie budynków w przydomowe ogródki, które pozwalałyby na hodowlę własnych warzyw i, do pewnego stopnia, samowystarczalność takich gospodarstw.

uliczki Starego Żoliborza; źródło: xplority.pl

Ten pierwszy wątek w projektowaniu Żoliborza – można nazwać go dworkowym – współgrał również z ówczesnymi tendencjami w sztukach plastycznych. W głównym nurcie artystycznym duże znaczenie odgrywały ruchy neoklasyczne, a także międzywojenna „ludomania” – prądy, które, w dużym skrócie, poszukiwały kształtu dla Polski przyszłości w jej przeszłości, historii i tradycji, choć interpretowanych na nowo, z XX-wiecznej perspektywy. W pewnej kontrze do takiej wizji sztuki – i szeroko pojętej kultury – stały jednak ugrupowania znacznie bardziej awangardowe, przeważnie o lewicujących sympatiach, działające w obszarze abstrakcji, w szczególności tej spod znaku geometrii i konstruktywizmu. Wśród takich grup wymienić można działające w dwudziestoleciu międzywojennym „Blok”, „Praesens” czy „AR”, skupione głównie wokół postaci Strzemińskiego, Kobro i Stażewskiego.

Magazyn artystyczno-architektoniczny „Praesens” wydawany przez grupę o tej samej nazwie; źródło: pinterest.com

Z tym nurtem w sztuce powiązać można drugie oblicze Żoliborza, kształtujące się niemal równolegle do wspomnianego wyżej stylu dworkowego. O ile te pierwsze osiedla tworzone były z myślą o inteligencji i dobrze sytuowanej klasie warszawskiej społeczności, nowo tworzony Żoliborz – w założeniu eksperymentalna „dzielnica idealna” – miał oferować zakwaterowanie także dla robotników i uboższych warszawiaków. Z inicjatywy lokalnych działaczy społecznych, wywodzących się głównie ze środowiska PPS-owskiego, w 1921 roku powstała Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa – istniejąca do dziś jako jedna z najstarszych w kraju. Myśląc o budownictwie przeznaczonym dla najbiedniejszych warstw społecznych skupienie na estetyce i architektonicznych walorach odsuwa się przeważnie na dalszy plan. Żoliborski WSM jednak, przy założeniu jak najniższych kosztów budowy i utrzymania lokali, zatrudnił jako projektantów śmietankę ówczesnej modernistycznej architektury; twórców odważnych i progresywnych, czerpiących z myśli Le Corbusiera, docenianych w Polsce i za granicą. I choć musieli oni godzić się na wiele ustępstw i kompromisów w swoich projektach, stworzone przez nich bloki cechowała prostota, elegancja i modernistyczny umiar, który zachwyca do dziś. Jak pisał na łamach „Gazety Wyborczej” Filip Springer, WSM-owskie kolonie na Żoliborzu są dowodem na to, że „klasowi architekci, nawet przyparci do muru koniecznością drastycznych wręcz oszczędności, są w stanie wywiązać się ze swojego zadania w sposób nieujmujący im na honorze, a późniejszym mieszkańcom budynków – na godności”.

Kolonie WSM-u dawniej…; źródło: facebook.com/zoliborzcentralny

O godność tę zadbali istotnie najwyższej klasy projektanci, wśród których znaleźli się przede wszystkim Barbara i Stanisław Brukalscy (również prywatnie związani z dzielnicą), a także Helena i Szymon Syrkusowie, Bohdan Lachert czy Józef Szanajca. Co istotne, architektura, która sto lat temu powstawała dla najbiedniejszych, dziś jest prawdziwą perełką wśród warszawskich osiedli, a własny adres na WSM-ie bywa wręcz „snobizmem”, o czym świadczą choćby wysokie ceny sprzedaży i najmu. Springer w podsumowaniu swojego tekstu pisze, że przedwojenna robotnicza kolonia swoją jakością bije na głowę działania współczesnych deweloperów, których budynki za kolejne sto lat raczej nie staną się modnymi miejscami do mieszkania. I trudno nie przyznać mu racji.

… i dziś; źródło: facebook.com/zoliborzcentralny

Asocjacje Żoliborza z najlepszej klasy architekturą nie skończyły się na szczęście wraz z wybuchem wojny i następującymi po niej dekadami ustroju socjalistycznego. Nawet w jego ramach, gdy normatywy budowlane były ściśle regulowane, a dostępność i jakość materiałów bardzo niska, progresywni architekci z najciekawszymi pomysłami celowali właśnie w tę część Warszawy, tradycyjnie już uważaną za enklawę dobrego budownictwa i przemyślanej tkanki urbanistycznej. Nie inaczej było z Haliną Skibniewską i jej Sadami Żoliborskimi – kolejnym „osiedlem-legendą”, obsypanym licznymi nagrodami i do dzisiaj będącym obiektem pożądania na mapie Warszawy. Skibniewska, skądinąd uczennica wspomnianego wcześniej Romualda Gutta, kształciła się wśród wybitnych przedstawicieli przedwojennej inteligencji, co ważne – nie tylko architektów, lecz również socjologów, działaczy społecznych i spółdzielczych, co niewątpliwie miało wpływ na formowanie u młodej architektki myślenia o budownictwie mieszkaniowym w kontekście przede wszystkim potrzeb lokatorów, a także na traktowanie architektury w ujęciu interdyscyplinarnym – jako obszar badań łączący kwestię estetyki z uwarunkowaniami socjologicznymi, ekonomicznymi i ekologicznymi. Te założenia udało jej się zrealizować najpełniej w pierwszym etapie osiedla Sady Żoliborskie, powstającym w latach 1960–63. Sama nazwa nawiązywać miała do istniejących wcześniej na tym terenie sadów, by naturalnie kojarzyła się mieszkańcom z ciągłością historyczną danego miejsca; co istotne, wiele drzewek owocowych udało się zachować, zamiast wycinać je w związku z budową osiedla – część z nich służy żoliborzanom po dziś dzień.

Halina Skibniewska i jej najsłynniejsze „dziecko” – Sady Żoliborskie; źródło: duch.edu.pl

Dla Haliny Skibniewskiej priorytetem były humanistyczne wartości architektury i urbanistyki: jej projekty powstawały w szacunku dla zastanego krajobrazu, historii miejsca i wnikliwie, wręcz socjologicznie badanych potrzeb lokatorów. Właśnie przy opracowywaniu koncepcji Sadów architektka przeprowadziła symulację zmieniających się w czasie potrzeb rozwijających się rodzin: od młodej bezdzietnej pary przez rodziców małych, wymagających miejsca do zabawy dzieci, następnie rodziców dzieci starszych, którym należało stworzyć odpowiednie warunki do nauki i rozwoju, aż po etap opuszczenia domu przez dorosłe już potomstwo, gdy lokatorami ponownie pozostawała para, już starsza i mniej sprawna, lub samotna osoba. Ponieważ w realiach PRL-u zmiana lokalu przy każdorazowej zmianie struktury rodziny była niewykonalna, Skibniewska stworzyła prototypy tzw. mieszkań elastycznych, opartych na mobilnych ściankach działowych – dziś nazywanymi pieszczotliwie pierwszymi meblościankami czy PRL-owską IKEĄ. Dzięki systemom modułowych mebli można było niewielkim kosztem i wysiłkiem przearanżować mieszkanie w miarę zmieniających się potrzeb lokatorów.

Sady Żoliborskie współcześnie; źródło: warszawa.wyborcza.pl

Także wówczas, w epoce gomułkowskiej, architektoniczna wizytówka dzielnicy, czyli Sady Żoliborskie, miała wiele punktów styku z ówcześnie powstającą sztuką. Artyści tego okresu także kładli nacisk – zwłaszcza w kontekście świeżych jeszcze doświadczeń wojny i okupacji – na humanistyczne wartości, skupienie na jednostce i jej, najprościej mówiąc, godności i człowieczeństwie, a więc tych cechach, na które w swoich projektach nacisk kładła Halina Skibniewska.

Na końcu wreszcie pod lupę weźmiemy najbardziej współczesną, XXI-wieczną tkankę architektoniczną Żoliborza. Choć wcześniej padły słowa krytyki pod adresem branży deweloperskiej jako takiej, istnieją na szczęście wyjątki od „obowiązującej” w niej reguły bylejakości. Za taki wyjątek uznać można żoliborskie projekty firmy Dom Development, która, oprócz tego, że jest jednym z największych deweloperów na polskim rynku, wyróżnia się także prowadzeniem zupełnie niepowtarzalnych w skali naszego kraju działań art brandingowych. Firma zaprasza do ścisłej współpracy uznanych rodzimych artystów, a sztuka staje się integralną częścią budowanych przez nich osiedli czy kompleksów użytkowych. Przy projektach art brandingowych dla Dom Development S.A. pracował m.in. Jacek Sosnowski, znany warszawski kurator i właściciel galerii Propaganda, a także jeden z inicjatorów dorocznego Warsaw Gallery Weekend – można więc śmiało mówić o jego niemałym autorytecie w świecie sztuki. W 2017 firma powołała nawet specjalny organ zajmujący się sztuką – Fundację Dom Development City Art (FDDCA), której zadaniem jest podnoszenie jakości przestrzeni publicznej oraz integracja przestrzeni mieszkaniowej ze sztuką. Fundacja aranżuje przestrzeń wewnątrz budynków poprzez wzbogacenie jej o obiekty artystyczne. Jak możemy przeczytać w manifeście fundacji: „Przestrzeń to dobro wspólne. Powinna służyć mieszkańcom, tworząc inspirujące warunki do życia, tworzenia i eksperymentowania. Pragniemy dyskutować o jej kształcie, wytyczać kierunki jej rozwoju i patrzeć, jak funkcjonuje. Nasze działania łączą architekturę, wzornictwo i sztukę, realizując potrzeby społeczne. Działania w przestrzeni publicznej wymagają rozwagi, a realna siła oddziaływania łączy się z realną odpowiedzialnością. Doświadczenie i potencjał Dom Development – fundatora Fundacji – stanowi podstawę misji tworzenia przyjaznych dla ludzi miejsc. Sztuka staje się kolejnym elementem tworzącym roztropną wizję rozwoju zmieniającej się tkanki miejskiej”. Przyznać należy, że w dobie współczesnego budownictwa mieszkaniowego spod znaku dbającej głównie o jak największy zysk z powierzchni mieszkaniowej deweloperki jest to manifest niezwykle ważny, mądry, społecznie i estetycznie świadomy.

Żoliborz Artystyczny; źródło: rynekpierwotny.pl

Żoliborskim projektem firmy Dom Development, od początku do końca skupionym na promowaniu wartości ze świata sztuki (i to nie tylko sztuk wizualnych, ale i literatury, teatru czy muzyki), jest osiedle Żoliborz Artystyczny, nadal rozbudowywane o kolejne etapy. Da się zauważyć, że już samą swoją nazwą nawiązuje do wspomnianych wcześniej przedwojennych kolonii, a więc nie ignoruje (ponownie: w przeciwieństwie do wielu innych deweloperów) historycznego kontekstu miejsca. Poszczególne ulice w tej części dzielnicy nazwy swoich patronów wzięły właśnie od artystów związanych z Żoliborzem. Do zaaranżowania przestrzeni Żoliborza Artystycznego fundacja zaprosiła między innymi znanego polskiego malarza i grafika Piotra Młodożeńca, który stworzył serię murali w Kolonii Jerzego Ficowskiego, nazwanej na cześć wybitnego poety i folklorysty. Na jednej z elewacji budynku powstała barwna kompozycja z liter układająca się w imię i nazwisko literata. Drugi mural został zainspirowany wierszem „Moje niedoszłe podróże”. Co ciekawe, mural tak dobrze wpasował się w krajobraz osiedla, że Dom Development postanowiło zmienić kolor przegród balkonowych, aby dopasować je do dzieła Młodożeńca i podkreślić jego znaczenie dla osiedla.

mural Piotra Młodożeńca w Kolonii Ficowskiego; źródło: goodlooking.pl

W kolonii przy ulicy Stanisława Dygata można z kolei podziwiać rzeźbę przedstawiającą stos książek – na grzbietach możemy rozpoznać tytuły z dorobku patrona ulicy. Z pewnością taka forma upamiętnienia literata jest bardziej zapadająca w pamięć niż pomnik czy tablica wmurowana w ścianę. Co jednak ważniejsze, jest to forma pomnika bliższa użytkownikom, także dzieciom, które od najwcześniejszych lat mogą uczyć się, że sztuka nie stoi wyłącznie na wysokim piedestale i nie wisi w złotej ramie w muzeum, ale że może być integralną częścią naszej codzienności, może ją dopełniać i wzbogacać.
W kolejnej kolonii, nazwanej na cześć Anny Jantar, interdyscyplinarny twórca Rafał Dominik umieścił neon „Słońce”. Artysta, który sam mieszka na Żoliborzu, w swojej pracy nawiązał do tekstu piosenki Jantar „Tyle słońca w całym mieście”. Świetlna instalacja co godzinę zmienia kolory i oświetla okolicę przez większą część doby. W nawiązaniu do neonu Dominik zaprojektował także świetlną instalację „Promienie”, która zdobi główne wejście do kolonii. Prace Rafała Dominika znalazły się nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz budynków: zdobią wnętrza wind, prezentując wielobarwne, graficzne portrety Anny Jantar nawiązujące do popartowskich prac Andy’ego Warhola.

„Promienie” Rafa ła Dominika; źródło: rafaldominik.com

Historia powiązań Żoliborza z wiodącymi trendami w architekturze i sztuce swoich czasów sięga już ponad stu lat – i, co istotne, nie jest bynajmniej zamkniętym rozdziałem. W dobie późnego kapitalizmu, gdy mieszkania stały się towarem luksusowym, niemal niedostępnym na własność dla przeciętnego mieszkańca polskich miast, okazuje się, że istnieją deweloperzy, którym leży na sercu nie tylko pomnażanie własnych zysków, lecz także realny wkład w podnoszenie jakości życia przez zaangażowanie w społeczny, ekologiczny i wreszcie kulturowy aspekt prowadzonej przez siebie działalności. Oby Dom Development jak najszybciej przestał być chlubnym wyjątkiem w swojej branży.

Tagi

#modernizm#architektura#urbanistyka ...

Udostępnij